sobota, 28 stycznia 2017

Azjatyckie cuda

Cześć :)

Trochę relaksu po ciężkim dniu, przy lampce wina i dobrym filmie należy się każdej z nas. Szczególnie, jeśli taki odpoczynek możemy dzielić z przyjaciółką :) W domowym zaciszu postanowiłam wypróbować tak popularne ostatnio maseczki firmy Skin 79, o wdzięcznej nazwie "Animal Mask". Występują one w postaci trzech zwierzątek - pandy, małpki i lwa.



Pierwsza maseczka to "whitening care for dark panda". Ciężko się nie skusić widząc takie opakowanie :)
Z konkretów - obecnie w Douglas można ją kupić za 12 zł (promo *.*). Jak na maseczkę w płacie cena jest niewielka. Według producenta produkt posiada silne właściwości wybielające, wyrównuje koloryt skóry i niweluje cienie. Co fajne, jej skład jest wolny od parabenów, pochodnych formaldehydu i ftalanów, natomiast wzbogacony o witaminę B3, co oznacza, że będzie idealna szczególnie dla cery wrażliwej lub problemowej.
W środku znajdziemy przede wszystkim sporą dawkę niacyny, która pomaga pokonywać przebarwienia i hamuje proces powstawania nowych zmian pigmentacyjnych. Skutecznie! A to ważne :)

Spowalnia ona również proces utleniania protein skóry, co pomoże pozbyć się zażółcenia cery. Poprawia elastyczność i jędrność, dlatego poleciłabym ją z pewnością jako podarunek dla mamy :) Tu też pomocna będzie jej kolejna właściwość, mianowicie poprawia ona barierę lipidową, co lekko "prasuje" drobne zmarszczki!

Od razu po otwarciu można zauważyć, że jest świetnie nasączona, co daje uczucie ukojenia i nawilżenia. Dodatkowo możemy poczuć jej przyjemny, delikatny zapach :) Mam nadzieję, ze wyglądem samego płata zainspirują się również inni producenci - płatek to również buzia pandy, nałożony wygląda wyjątkowo twarzowo, szczególnie bambusowa gałązka w pyszczku ;)

Na plus jest napewno natychmiastowe działanie - czerwone policzki zniknęły, cienie pod oczami również. Nawet na powiekach, po których rozsmarowałam żel, wyrównała kolor i dała fajną bazę pod makijaż. Efekt niestety jest krótkotrwały i podejrzewam, że dla jego utrzymania powinno się przynajmniej raz tygodniu taki zabieg przeprowadzić.



Następną pod lupę wzięłam paczuszkę "Angry Cat". Zapowiadała się najlepiej ze wszystkich, miała też najlepsze recenzje w sieci, więc postanowiłam ją zastosować dzień przed kolokwium :D Miło było ochłodzić i nawilżyć twarz, maseczka pachniała najlepiej ze wszystkich, była całkiem delikatna i przeurocza :) Jednak problem ze wszystkimi płatami zdaje się być jeden - mnóstwo opinii w internecie pokazuje, że maseczki nie zsuwają się z twarzy. Może ja jestem jakaś inna, ale niestety nie miałam szansy na odpoczynek w maseczce i jednoczesną rozmowę, ponieważ szybko ześlizgiwała się po twarzy i krępowała. Niestety, w składzie maseczki jest ekstrakt z kwiatów krokosza barwierskiego, ma on działanie przeciwzmarszczkowe, jednak może się przyczynić do zaczopowania ujść mieszków włosowych i powstawania nowych wyprysków na cerze trądzikowej. Warto uważać!



Myślę, że o małpce można powiedzieć dokładnie to samo. W zasadzie pod względem właściwości maseczki niewiele się od siebie różnią, zła małpka miała jednak najmniej przyjemny zapach - była mocno perfumowana, nie przypadło mi to do gustu. No cóż, nie wszystko może być idealne :)

Po raz pierwszy stwierdziłam, że maseczki w płacie jednak się sprawdzają. Nigdy nie trafiłam na taką, która byłaby dość dobrze nasączona, a w tym przypadku żel praktycznie spływał po szyi, można było go delikatnie wklepać w dekolt i ramiona. Tę kolekcję mogę polecić każdemu :) A następna pod lupę będzie szła linia Black Snail od Holika Holika - czy inne azjatyckie cuda też będą strzałem w dziesiątkę?

Pozdrawiam,
Agata Rączka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz